Najbrzydszy kolor?
Wszystkie kolory są spoko, ale nie wszędzie pasują...
Wszystkie kolory są spoko. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek próbuje wsadzić je tam, gdzie kompletnie nie pasują.
Bo zobaczcie... nikt normalny nie powie, że zielony jest brzydki, dopóki nie pomaluje nim sufitu w łazience i nie zacznie się zastanawiać, dlaczego ma wrażenie, że mieszka w akwarium. Tak samo z różowym. Na watę cukrową super, na czołg już trochę mniej.
Moim zdaniem nie istnieje najbrzydszy kolor. Istnieje tylko kolor, który dostał złą robotę. To trochę jak z gościem, który umie gotować, ale każą mu naprawiać skrzynię biegów. Nagle wszyscy mówią, że jest beznadziejny, a on po prostu znalazł się nie tam, gdzie trzeba.
Poza tym kolor sam z siebie nic nie zrobił. To ludzie mu przypisali robotę. Brązowy? Dla jednych czekolada, dla drugich błoto. Żółty? Słońce albo stara poduszka po dwudziestu latach. Fiolet? Królewski albo siniak po wejściu w kant stołu. Wszystko zależy od kontekstu.
A jakby tak się głębiej zastanowić, to może najbrzydszym kolorem jest ten, którego akurat nie ma pod ręką, kiedy czegoś potrzebujesz. Jak dziecko miało kiedyś kredki, to zawsze brakowało tego jednego, którym chciałeś coś pokolorować. I nagle ten kolor stawał się najgorszy, bo po prostu nie współpracował.
Także odpowiedź brzmi: nie ma najbrzydszego koloru. Są tylko kolory, które trafiły do niewłaściwego miejsca, w niewłaściwym czasie i jeszcze ktoś zrobił je farbą olejną 🙃🙃